Chrześcijanin był przetrzymywany przez bojowników w Słowiańsku na Ukrainie. Mówi, co się działo

  • wtorek, Kwi 29 2014
Rusłan Kucharczuk Rusłan Kucharczuk fot. Twitter

Rusłan Kucharczuk, dziennikarz i założyciel chrześcijańskiej organizacji medialnej Novomedia, był przetrzymywany w Słowiańsku przez uzbrojonych bojowników.

Do tego położonego na wschodzie Ukrainy miasta przyjechał w niedzielę na dwa dni. Jak mówi, zrobił to z ciekawości. Chciał zobaczyć, jak naprawdę wygląda sytuacja na miejscu.

W poniedziałek o godz. 18:30 poszedł do centrum - na plac Lenina. Właśnie tam znajduje się jeden z kluczowych zajętych przez bojowników obiektów - budynek merostwa.

Akurat w tym momencie na miejsce podjechała kolumna aut. Nieco nierozsądnie Rusłan włączył w swoim aparacie nagrywanie i podszedł do jednego z samochodów i grupy mężczyzn w średnim wieku. Zapytał ich: "skąd jesteście? Ze Słowiańska czy przyjechaliście z innych miast i obwodów?".

Jednemu z mężczyzn nie spodobało się, że nagrywał, a tym bardziej, że zadawał pytania. Człowiek ten zareagował agresywnie. Poprosił swoich kolegów, żeby obserwowali Kucharczuka, a sam odłączył się i poszedł do merostwa.

Kilka minut później do Rusłana podszedł mierzący jakieś dwa metry mężczyzna w wieku około 45 lat z karabinem na ramieniu. Kazał mu iść ze sobą do budynku merostwa. Tam przekazał Kucharczuka innym bojownikom. Ci przeszukali go. Zabrali mu aparat. Rusłan był bez wyjścia. Nie mógł uciekać, bo ryzykowałby, że padną strzały. Milicji w Słowiańsku właściwie teraz nie ma, a na mieszkańców trudno mu było liczyć.

Dwóch bojowników zaprowadziło go do budynku komisariatu, który jest obecnie jedną z ich baz.

Rusłan zauważa, że pomimo obecności uzbrojonych ludzi, mieszkańcy Słowiańska spokojnie spacerowali i obserwowali procedurę jego zatrzymania, jedząc przy tym lody. Niektóre miejscowe dziewczęta próbowały nawet flirtować z zamaskowanymi mężczyznami. Kucharczuk stwierdza, że w Słowiańsku "wszyscy już dawno przyzwyczaili się do takiej sytuacji".

Jak opisuje, komisariat milicji w Słowiańsku jest z zewnątrz zabarykadowany, ale wewnątrz kipi praca. Każdy ma przydzieloną funkcję. Wiszą też plakaty w stylu: "Rosjo, pomóż nam zatrzymać kijowską juntę" (po rosyjsku i angielsku).

Spisano dane Rusłana, a następnie zamknięto go w celi. Kilkakrotnie pukał w drzwi, prosząc o informacje, co dalej. Mężczyźni w kominiarkach powoływali się jednak na "komendanta", który miał przyjść i podjąć decyzję.

Przed północą drzwi otwarto i zaczęło się główne wydarzenie tego wieczoru. Mężczyźni nałożyli Kucharczukowi worek na głowę. Następnie wyprowadzili go na zewnątrz budynku. Posadzili na ławce. Kazali mu wyjąć wszystko z kieszeni i oddać. W tym pieniądze. Potem nastąpiła godzinna rozmowa-przesłuchanie. Co jakiś czas uderzano go pałką po plecach, pięścią po nerkach i dłońmi po uszach.

Jak mówi, nie rzucono go na ziemię ani nie kopano nogami. Grożono jednak bronią. Lufę przyciskano do tyłu jego głowy.

W przesłuchaniu Rusłana uczestniczyło prawdopodobnie pięć osób. Rozmowa była złożona z kilku etapów. Na początku zapytano go, kim jest, po co przyjechał z Kijowa, dla kogo pracuje i w jakim celu robi zdjęcia i nagrywa wideo. Kucharczuk zwraca uwagę, że już przyznanie się do tego, że przyjechał z Kijowa, zaostrzyło atmosferę. Jego uwagę zwróciła także "nienawiść bojowników do języka ukraińskiego". Mieli mu na przykład za złe to, że menu w jego telefonie komórkowym było w tym języku.

Druga część przesłuchania - bojownicy postanowili wyjaśnić i uzasadnić swoje stanowisko i motyw działania.

- Jesteśmy z ludu, nie jesteśmy separatystami. Walczymy z nielegalną kijowską juntą i będziemy aż do końca. Jesteśmy Słowianami, prawosławnymi - mówili.

Trzeci etap - dokładnie oglądali wszystkie fotografie i filmy w jego telefonie i aparacie. Zdjęcia z nabożeństw, a także uliczną modlitwę na kolanach jego ojca (modlił się za Ukrainę). Przy okazji Rusłan porozmawiał z nimi o wierze, Bogu i Biblii. Dziennikarz nie wyklucza, że właśnie ta część rozmowy "nieco obniżyła poziom agresji i presji" ze strony bojowników.

Po rozmowie, nadal z workiem na głowie, Kucharczuk trafił znów do celi, tym razem do izolatki. Około trzeciej w nocy przyszedł "komendant" i kazał zwolnić go rano. Wcześniej jednak poprosił go, żeby lepiej zbadał historię Słowian i Słowiańska.

Według Rusłana, w mieście od północy do godz. 6 rano obowiązuje godzina policyjna. Dlatego wypuszczono go około 7:30. Oddano mu aparat fotograficzny, telefon i wszystkie zabrane mu wcześniej pieniądze. Co więcej, jak mówi, aby "umocnić ostatnie wrażenie", uprzejmie zaproszono go na śniadanie. Dostał makaron z wątróbką, konfitury, miód z herbatą. Wyprowadzili go na ulicę, uścisnęli dłoń i wypuścili.

Odetchnął z ulgą. Podejrzewa jednak, że gdyby zaprowadzono go do zajętego budynku Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), to wszystko mogłoby skończyć się dużo gorzej. Jak mówi, właśnie tam zazwyczaj kierowane są osoby "podejrzane ideologicznie" i dziennikarze. Tam też przetrzymywani są zatrzymani członkowie ukraińskich oddziałów specjalnych "Alfa".

"To, że zajęli się mną właśnie ci miejscowi mający bazę na komisariacie, było niebiańskim miłosierdziem" - podkreśla Rusłan i przypomina słowa, które jeszcze około godz. 23 słyszał zza drzwi: "Kucharczuka trzeba przekazać do budynku SBU. Tą sprawą się tu nie będziemy zajmowali".

"To, że mnie nie zabili, nie pokaleczyli, nie wysłali do budynku SBU i nie przetrzymywali wiele dni, należy zaliczać do cudów. Bo cała atmosfera w mieście do tego prowadzi i z innymi postępują właśnie w taki sposób. Przy wyjściu powiedziano mi: "w mieście trwa wojna. Nie ma tu po co przyjeżdżać!".

Rusłan nie trzyma w sobie złości wobec bojowników, którzy wywierali na niego presję.

"Dziękuję wszystkim, którzy się o mnie martwili i modlili. Ukraina będzie jedna i silna. Niech Bóg nam pomoże" - zaznacza.

Przy okazji, dziennikarz dodaje też, że bojownicy ze Słowiańska "wyławiają" nie tylko tych, którzy, według nich, są "ideologicznie podejrzani". Zajmują się również zwykłymi czynnościami milicji. Zatrzymali i przyprowadzili na przykład na miejsce osobę, która spowodowała wypadek drogowy, drugą złapali za pobicie matki, trzecią za chuligaństwo.

Kucharczuk zauważa ponadto, że ani podczas przesłuchania ani w trakcie jego pobytu w Słowiańsku nie słyszał słów "federalizacja" i "oddzielenie". Często słyszał natomiast dwa inne motywy: wojna przeciwko samozwańczej władzy w Kijowie (juncie) i w obronie języka rosyjskiego.

Jego zdaniem właśnie rozwiązaniu tych kwestii należy się skupić na Ukrainie.

Poleć

Opracowanie: ChnNews.pl
Źródło: ruslanstory.com