Warszawa pierwsza na liście celów nuklearnych Putina? Jest ostrzeżenie. Lech Wałęsa zabrał głos

  • niedziela, Wrz 07 2014
Władimir Putin Władimir Putin fot. crashonline.com

Warszawa może być pierwsza na liście celów nuklearnych Władimira Putina - ostrzega amerykański magazyn "Foreign Policy".

Na jego łamach dziennikarz, autor książek i ekspert ws. Rosji, Jeffrey Tayler, zwraca uwagę na niedawne słowa prezydenta Federacji Rosyjskiej. Otóż Putin na ostatnim spotkaniu z młodzieżą w Moskwie nie omieszkał przypomnieć światu, że "Rosja jest jednym z najpotężniejszych państw nuklearnych" i dodać, że jest to "rzeczywistość, a nie tylko słowa".

Z kolei 14 sierpnia na konferencji w Jałcie poinformował rosyjskich parlamentarzystów, że planuje wkrótce "zaskoczyć Zachód nowymi osiągnięciami w ofensywnej broni nuklearnej", o których Rosja "jeszcze nie mówi".

Nastąpiło to w okresie, gdy rosyjskie strategiczne bombowce nuklearne i myśliwce oskarżano o coraz częstsze naruszanie przestrzeni powietrznej Stanów Zjednoczonych i państw Europy Zachodniej. Z kolei pod powierzchnią mórz dochodziło do napięć pomiędzy rosyjskimi i amerykańskimi atomowymi łodziami podwodnymi, co przypomniało najgorsze dni Zimnej Wojny. Podczas gdy przywódcy NATO spotykali się na ostatnim szczycie w Walii i ogłoszono, że w tym miesiącu na zachodzie Ukrainy odbędą się ćwiczenia z udziałem wojsk Sojuszu, Moskwa oznajmiła, że jej strategiczne wojska nuklearne również we wrześniu przeprowadzą manewry na bezprecedensową skalę przy granicy z Kazachstanem. Jednocześnie Kreml zadeklarował, że w związku ze wzrostem napięcia w stosunkach z NATO i zbliżaniem się Sojuszu do rosyjskich granic, zmieni swoją doktrynę militarną. Nie jest do końca jasne, co to oznacza, ale biorąc pod uwagę ostatnie napięcia, nie może być to nic dobrego - pisze Jeffrey Tayler.

Nie odważy się?

"Ale Putin tak naprawdę nigdy nie użyłby broni nuklearnej, prawda?" - pyta Tayler i odnosi się do opinii naukowca i długoletniego krytyka Putina - Andrieja Piontkowskiego - byłego dyrektora Centrum Studiów Strategicznych w Moskwie oraz politycznego komentatora BBC World Service.

Zdaniem Piontkowskiego, Putin mógłby zdecydować się na taki krok.

W sierpniu ten naukowiec napisał o tym, co, według niego, rosyjski prezydent może zrobić, aby wyjść zwycięsko z obecnego impasu z Zachodem i jednym uderzeniem unicestwić NATO jako organizację, a także zniszczyć "resztki amerykańskiej wiarygodności jako światowego strażnika pokoju".

"W świetle ostatnich wypowiedzi i prowokacyjnych działań rosyjskiego przywódcy scenariusz, jaki przedstawia Piontkowski, staje się przerażająco aktualny" - pisze Tayler.

Piontkowski opisuje stanowiska dwóch obozów prezentujących rady dla Putina dotyczące sposobu rozwiązania kryzysu na Ukrainie.

Pierwszy to "Partia Pokoju". Ten obóz jest złożony z ludzi zajmujących stanowiska we wpływowych think-tankach. Wzywa on Putina, by już teraz ogłosił zwycięstwo na Ukrainie i tym samym zakończył konflikt. Członkowie tego obozu mają być niemal pewni, że NATO nigdy nie zaprosi Ukrainy, aby do niego dołączyła, biorąc pod uwagę kroki, do jakich może posunąć się Moskwa. Tu podkreśla się, że aneksja Krymu przez Rosję została już "cicho zaakceptowana" przez społeczność międzynarodową.

Piontkowski odrzuca jednak możliwość przyjęcia tego rozwiązania przez Władimira Putina, ponieważ gdyby obrał tę drogę, wyglądałby na przegranego.

Drugi obóz, który wywiera presję na prezydenta Rosji, "Partia Wojny" przedstawia mu dwie opcje. Pierwsza, jak pisze Piontkowski, to "scenariusz romantyczny i inspirujący: IV Wojna Światowa pomiędzy rosyjskim światem prawosławnym, który powstał z kolan przeciwko zgniłemu i dekadenckiemu światu anglosaskiemu" (wg jego poglądu, III Wojna Światowa już miała miejsce. Była to Zimna Wojna). IV Wojna Światowa byłaby więc konwencjonalną wojną z NATO i nie przebiegałaby dla Rosji pomyślnie, biorąc pod uwagę przewagę sił NATO i rosyjskie słabości gospodarcze, naukowe i technologiczne. Piontkowski uważa, że taka wojna skończyłaby się porażką Rosji.

To pozostawia Putinowi tylko jedną opcję - atak nuklearny. Nie wystrzelenie międzykontynentalnych rakiet balistycznych w kierunku Stanów Zjednoczonych czy Europy Zachodniej, co wywołałoby samobójczy atomowy holokaust, ale mały atak taktyczny albo dwa przeciwko członkowi NATO, dla ochrony którego niewielu na Zachodzie chciałoby umierać.

Piontkowski stwierdza, że w takim wypadku państwo nuklearne z wolą, by zmienić geopolityczne status quo i przede wszystkim mające "większą obojętność wobec wartości życia ludzkiego" odniosłoby triumf.

Scenariusz ataku

Który kraj mógłby zostać zaatakowany?

Piontkowski kreśli następujący scenariusz: Estońskie miasto Narwa, w którym przeważają etniczni Rosjanie i które jest położone tuż przy granicy z Rosją, postanawia przeprowadzić referendum dotyczące połączenia się z ojczyzną. Aby pomóc mieszkańcom "swobodnie wyrazić swoją wolę" przy urnach, Rosja mogłaby wysłać brygadę "uzbrojonych po zęby zielonych ludzików", podobnie jak stało się to na Krymie. Estonia w związku z tym powołałaby się na artykuł 5 NATO, który mówi, że "atak zbrojny na jednego lub więcej członków Sojuszu zostanie uznany za atak na nich wszystkich" i zażądać od NATO obrony. To właśnie podczas swojej ostatniej wizyty w Tallinnie obiecał prezydent Barack Obama.

- Obrona Tallinna, Rygi i Wilna jest tak samo ważna jak obrona Berlina, Paryża i Londynu - powiedział amerykański prezydent.

Nagle koszmar staje się więc rzeczywistością - NATO staje w obliczu wojny z Rosją. Jak zareagowałby Putin?

Czy Zachód będzie chciał umierać dla Europy Środkowo-Wschodniej?

Według Piontkowskiego, NATO wstrzymywałoby się przed atakowaniem Rosji dla "niewielkiego kraju dalekiego od serca Sojuszu". Naukowiec wyobraża sobie laureata Pokojowej Nagrody Nobla, Baracka Obamę, który rozważa rozpoczęcie światowego holokaustu z powodu "niewielkiego miasta, o którym nikt nie słyszał", podczas gdy amerykańska opinia publiczna krzyczałaby: "nie chcemy umierać za jakąś Narwę, panie Prezydencie!"

Piontkowski przypomina też badanie opinii publicznej w Niemczech. Na pytanie "co Berlin powinien zrobić, jeśli doszłoby do konfliktu zbrojnego Estonii z Rosją?" 70 proc. respondentów odpowiedziało, że wolałoby, aby ich kraj pozostał w takiej sytuacji neutralny.

Według naukowca, gdyby NATO zainterweniowało, aby wyprzeć "zielonych ludzików" z Narwy, Putin nie "popełniłby samobójstwa, wystrzeliwując swoje rakiety na Stany Zjednoczone". Nie, zamiast tego odpowiedziałby atakiem nuklearnym o ograniczonej skali przeciwko europejskim stolicom, nie Londynowi czy Paryżowi, lecz mniejszym, prawdopodobnie w Europie Środkowo-Wschodniej.

Warszawa celem Putina?

"Pierwsza na myśl przychodzi Warszawa" - ocenia Jeffrey Tayler. Nieprzypadkowo. Rosja już przeprowadzała bowiem ćwiczenia symulujące atak nuklearny na stolicę Polski. Tayler wspomina też o Wilnie.

Putin miałby być przekonany, że osoby podejmujące decyzje w Waszyngtonie, Berlinie, Londynie i Paryżu nie odpowiedziałyby nuklearnie, gdyby "tylko" bomba uderzyła w miasto, za które na Zachodzie nie chcą umierać. Efektem takiego hazardu Putina byłaby kapitulacja NATO jako gwaranta bezpieczeństwa dla jego członków. Zakończyłaby się również hegemonia Stanów Zjednoczonych, która "w dużej mierze jest oparta na groźbie użycia siły". Wtedy Putin "mógłby swobodnie robić, co chce na Ukrainie i wszędzie tam, gdzie uznałby interesy Rosji za zagrożone".

Jeffrey Tayler przyznaje, że taka wizja może wyglądać na nieco naciąganą. Dodaje, że "z pozoru" istnieją "oczywiste powody", dla których Putin nie chciałby użyć broni nuklearnej.

"Byłoby to, delikatnie mówiąc, ryzykowne, a świat zjednoczyłby się przeciwko niemu i wyrządziłoby to większą szkodę rosyjskiej gospodarce" - pisze. Poza tym, choć rosyjskie społeczeństwo poparło aneksję Krymu i nie sprzeciwia się zbytnio dozbrajaniu separatystów na wschodzie Ukrainy, to ma silny "antywojenny sentyment" i nie chce bezpośredniej interwencji militarnej, co jest "jedną z przyczyn, dla których Kreml ciągle utrzymuje, że jego oddziałów nie ma na ukraińskiej ziemi".

Tayler podkreśla jednak, że "warto pamiętać, iż od roku 2000 rosyjska doktryna nuklearna przewiduje rozmieszczenie broni nuklearnej dla deeskalacji konfliktu z NATO, jeżeli siły rosyjskie miałyby ponieść klęskę w konflikcie konwencjonalnym". To, jego zdaniem, pokazuje, iż Kreml już założył, że ani Obama ani przywódcy innych potęg nuklearnych nie nacisnęliby guzika, jeśli mogliby tego uniknąć".

"Kreml prawdopodobnie ma tu rację" - kończy Jeffrey Tayler.

Obawy o bezpieczeństwo w Polsce

Przytoczone scenariusze mogą wydawać się przerażające i odległe. Ewidentnie jednak, wraz z dalszą eskalacją kryzysu na Ukrainie, w naszym kraju pojawia się coraz więcej obaw o bezpieczeństwo. Coraz częściej mówi się choćby o utworzeniu sił Gwardii Narodowej. Taka inicjatywa zaczyna być realizowana w Szczecinie. Wcześniej podobne pojawiły się w Warszawie i w Białymstoku.

O reakcji na ewentualne zbrojne działania Federacji Rosyjskiej wobec Polski słyszymy także w mediach. Głos w tej sprawie zabrał ostatnio były prezydent Lech Wałęsa. Na antenie Radia Zet powiedział:

- Polska musi powiedzieć, że nie pozwolimy, żeby rosyjski but stanął na polskiej ziemi, że my naprawdę będziemy walczyć, a Lech Wałęsa będzie pierwszy, mimo że ma pokojowego Nobla. Polska nie powinna się zbroić. Powinna wypożyczyć, wydzierżawić rakiety, z atomowymi włącznie, ustawić i powiedzieć: "spróbuj, facet, no, spróbuj". Jeśli Polska tego nie zrobi, możemy być następni - stwierdził złowieszczo Wałęsa.

O przyszłość Polski martwi się także episkopat. Biskupi zabrali głos w tej sprawie z okazji 75. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej. Według nich, wydarzenia na Ukrainie "budzą uzasadniony niepokój także o przyszłość naszej Ojczyzny".

Nie ma wątpliwości, że modlitwa chrześcijan o bezpieczeństwo Polski się przyda, bez względu na to, na ile realne jest zagrożenie mniejszym lub większym atakiem na nasz kraj.

Poleć

Tłumaczenie i opracowanie: ChnNews.pl
Źródło: "Foreign Policy", wprost.pl, Radio Watykańskie