Od niewierzącego do teologa. Tę historię warto polecić każdemu ateiście

  • wtorek, Lis 18 2014
Guillaume Bignon Guillaume Bignon fot. Dan Bigelow

Dowód na to, że wiara może stać się udziałem absolutnie każdego.

Francuz Guillaume Bignon był ateistą. Wychował się pod Paryżem w katolickiej rodzinie. Jednak, jak mówi, jego bliscy byli katolikami raczej z tradycji niż z przekonania.

Gdy dorósł, powiedział rodzicom, że nie chce dłużej być katolikiem. Przestał uczęszczać na msze i zaczął "szukać swojego szczęścia na wszystkich frontach". Ukończył studia i został informatykiem. Pracował w branży finansów. Grał także w siatkówkę i w każdy weekend uczestniczył w meczach ligowych, jeżdżąc po całym kraju. Przebywał w świeckim środowisku i, jak pisze, miał bardzo niewielkie szanse, by usłyszeć ewangelię.

Mając około 25 lat, spędzał razem z bratem urlop na Karaibach. Tam spotkali dwie młode kobiety z Ameryki. Zaczęli flirtować. Ta, z którą rozmawiał, i która go "zainteresowała", powiedziała mu, że wierzy w Boga, co było dla niego "intelektualnym samobójstwem". Uważała też, że seks jest tylko dla małżeństw, co było dla niego jeszcze bardziej "problematyczne". A jednak gdy on wrócił później do Paryża, a ona do Nowego Jorku, kontakt między nimi się nie urwał.

Jego celem było odwrócić ją od jej przekonań. Jednak sam zaczął się zastanawiać nad Bogiem i nad ateizmem. Jak wspomina, jego własna niewiara opierała się na tym, że "mądrzy ludzie" z jego otoczenia, podobnie jak on, w Boga nie wierzyli.

"Ale skoro miałem obalić chrześcijaństwo, to najpierw musiałem dowiedzieć się, o czym ono mówi, więc wziąłem do ręki Biblię" - tłumaczy Guillaume.

Stwierdził, że przeprowadzi pewien eksperyment. Pomyślał: "jeżeli cokolwiek z tego jest prawdą, to przypuszczalnie istniejący Bóg bardzo troszczy się o ten mój projekt". Zaczął więc mówić w powietrze: "jeżeli Bóg istnieje, to oto jestem. Patrzę na to. Może po prostu objaw mi się. Jestem otwarty".

Jak przyznaje, wtedy otwarty wcale nie był. Jednak to Boga nie powstrzymało.

Dwa tygodnie po tej modlitwie zaczął mieć problemy z ramieniem. Grając w siatkówkę, nie był w stanie ścinać piłki. Lekarz mu nie pomógł. Niczego nie stwierdził. Zalecił tylko, by na parę tygodni odpoczął od gry.

Dzięki temu, zwolniły mu się niedziele. Postanowił pójść do kościoła, by sprawdzić, co chrześcijanie robią, gdy się gromadzą. Pojechał do ewangelicznego kościoła w Paryżu.

"Przyjechałem na wizytę tak, jakby to było zoo. Jakbym miał zobaczyć egzotyczne zwierzęta, o których czytałem w książkach i których nigdy nie widziałem. Pamiętam, jak pomyślałem sobie, że jeśli ktoś z moich przyjaciół albo rodziny zobaczy mnie w kościele, to umrę ze wstydu" - wspomina Guillaume.

Dziś nie pamięta ani słowa z kazania, które było tamtego dnia głoszone. Gdy tylko nabożeństwo się skończyło, wyskoczył z siedzenia i pospiesznie skierował się do drzwi, unikając kontaktu wzrokowego, by nie musiał się przedstawiać. Już miał wyjść, gdy stwierdził: "to absurd. Muszę to zbadać".

Poszedł prosto do pastora.

- Więc wierzy Pan w Boga? - zapytał.

- Tak - odrzekł duchowny, uśmiechając się.

- I jak to działa? - ponownie spytał Guillaume.

- Możemy o tym porozmawiać - powiedział pastor.

Rozmawiali w biurze przez wiele godzin. Guillaume bombardował pastora pytaniami.

Spotkali się ponownie po kilku tygodniach. Jak pisze Bignon, pastor "cierpliwie i inteligentnie wytłumaczył mu swój światopogląd".

"Nerwowo zacząłem zastanawiać się czy to wszystko może być prawdą" - wspomina.

Jak podkreśla, jego "niewierzące modlitwy" zamieniły się w takie: "Boże, jeśli istniejesz, musisz mi to pokazać, żebym mógł wskoczyć i nie zrobić z siebie głupka".

Bóg w odpowiedzi "reaktywował jego sumienie", co nie było "przyjemnym doświadczeniem". Stało mu się wstyd, w szczególności za jeden "ponury" uczynek. Poczuł obrzydzenie do tego, co zrobił i kłamstw, którymi zakrywał ten występek.

Leżał pogrążony w bólu w swoim mieszkaniu pod Paryżem, gdy nagle doszło do niego: to dlatego Jezus musiał umrzeć. Ten, który nie znał grzechu, stał się grzechem za mnie, bym mógł stać się w Nim sprawiedliwością Bożą (2 Kor. 5,21).

Jezus wziął na siebie karę, na którą on, Guillaume Bignon, zasłużył, by jego grzechy zostały wybaczone w Bożej sprawiedliwości - przez łaskę, jako dar, a nie przez jego własne uczynki czy religijne rytuały.

"On umarł, żebym ja żył. Zaufałem Jezusowi i poprosiłem Go, by wybaczył mi tak, jak mówi o tym Pismo" - pisze Guillaume.

Później doszedł do wniosku, że po tym, co się stało, Bóg chce, by ożenił się z chrześcijanką, którą spotkał na Karaibach. Pojechał więc do Nowego Jorku.

"Szybko zrozumieliśmy, że absolutnie nie jesteśmy dla siebie. Ale miałem czas i byłem pełen pasji, by studiować moją nowo znalezioną wiarę, by wyjaśnić to moim przyjaciołom i rodzinie" - pisze Bignon.

Jak mówi, czytał "książkę za książką", oglądał wykłady i dyskusje i bardzo mu się to podobało. Teraz tylko to robił w swoim czasie wolnym.

Stwierdził, że skoro poświęca cały czas i energię, zagłębiając się w chrześcijaństwo, może równie dobrze uzyskać z tego stopień naukowy. Zapisał się więc do seminarium i został magistrem studiów Nowego Testamentu.

W międzyczasie, jak pisze, spotkał "wspaniałą kobietę", z którą się ożenił. Mają teraz dwójkę dzieci. Zaczął też starać się o doktorat z teologii filozoficznej.

"To w skrócie, jak Bóg bierze francuskiego ateistę i robi z niego chrześcijańskiego teologa. Nie szukałem Boga ani Go nie chciałem. To On wyciągnął do mnie rękę, ukochał mnie, gdy byłem grzesznikiem. Przełamał moje linie obrony i postanowił wylać na mnie niezasłużoną łaskę, by Jego Syn został uwielbiony i bym ja został zbawiony z mojego grzechu w łasce przez wiarę, a nie przez uczynki. To jest dar Boży, by nikt nie mógł się chlubić (Ef. 2,8-9). To ewangelia, dobra nowina, w którą warto wierzyć" - kończy swoją historię Guillaume.

Obecnie mieszka z rodziną w Nowym Jorku.

Poleć

Źródło: Christianity Today