REKLAMA

Pastor Stepanow odpowiada abp. Jędraszewskiemu

  • czwartek, października 26 2017
od lewej: pastor Andrzej Stepanow i abp Marek Jędraszewski od lewej: pastor Andrzej Stepanow i abp Marek Jędraszewski

Pastor Kościoła Chrześcijan Wiary Ewangelicznej Spichlerz w Warszawie Andrzej Stepanow reaguje na krytyczną wypowiedź arcybiskupa Marka Jędraszewskiego na temat pentekostalizacji i skutków Reformacji.

Andrzej Stepanow jest pastorem od 20 lat. Wcześniej był liderem katolickiej wspólnoty charyzmatycznej.

Oto co teraz napisał:

Metropolita krakowski arcybiskup Marek Jędraszewski nie przebierał w słowach, mówiąc o pentekostalizacji Kościoła i o skutkach Reformacji.

Mówił o tym, że przez reformację zaczęła się w pewnym sensie degradacja człowieka.

O charyzmatykach dodał: "wszystko chcą budować na emocjach - wspólny śpiew, okrzyki, podnoszenie rąk do góry, niekiedy jakieś omdlenia w Panu".

Metropolita zapytał następnie: "co to ma wspólnego z Kościołem, który założył Jezus Chrystus? Z Kościołem, który ma bardzo określoną prawdę. Jej źródłem jest Ewangelia, cały Nowy Testament, w przypadku, co jest podkreślane w Kościele rzymskim, tradycja Kościoła”.

Według arcybiskupa, to nie jest święto, tylko dzień porażki, bo Reformację nazwał "dramatycznym, a być może nawet tragicznym podziałem w chrześcijaństwie zachodnim”. (Więcej: Abp Jędraszewski ostro o pentekostalizacji, red.)

Zgadzam się z tym, że wszelki podział jest bolesny, ale to, że Reformacja zaczęła proces degradacji, jest raczej tezą przesadzoną.

Reformacja dała początek powszechnemu poznawaniu Biblii, również przez katolików. Jeśli arcybiskup uważa Reformację za początek degradacji, to nie wiem czy Bogu podoba się takie stwierdzenie. Wylewanie dziecka z kąpielą nikomu nie służy. W ten sposób możemy nazwać degradacją wynalezienie dynamitu przez Nobla, używanie morfiny i innych znieczulaczy przez lekarzy. Prąd też jest zresztą mordercą i zasłużył sobie na milion lat w czyśćcu.

Historia twierdzi, że Luter chciał zacząć akademicką dyskusję na temat usprawiedliwienia i innych mniej i bardziej ważnych spraw. Fakt, że społeczeństwo uchwyciło te tezy, może świadczyć o tym, że ludzie widzieli bezprawie i obłudę Kościoła. Sam Luter nie przeprowadziłby Reformacji. Zrobili to utrudzeni ludzie, którzy chcieli zmian. To było pospolite ruszenie mas głodnych prawdy i Boga. W erze bez Internetu i mediów to było coś niezwykłego! Odważę się spytać - może to Kościół był już zdegradowany na tyle, że napotkał na taki sprzeciw? A urząd nauczycielski Kościoła nie nauczał prawd Bożych, tylko ludzkich tradycji i pomysłów?

Dzisiaj Kościół rzymski wygląda już inaczej, dużo się zmieniło, właśnie dzięki Reformacji. Dlatego łatwiej jest wydawać takie opinie, kiedy nie jest aż tak źle, jak wtedy, że cała Europa stanęła w ogniu.

Mądre słówko tutaj pada - "pentekostalizacja". Ciekaw jestem, ilu zwykłych katolików je rozumie? Może jakaś część księży i zaangażowanych katolików. Na dodatek spora część księży rozumie to słowo pejoratywnie. Właśnie w taki sposób, jak opisuje je metropolita krakowski - emocje, śpiewy, krzyki, mdlenia.

Hierarcha, który negatywnie wypowiada się na temat nieznanego zjawiska dla większości wiernych, w ten sposób wysyła sygnał do swoich księży - musicie zatrzymać to zepsucie naszego Kościoła.

Jednocześnie dobrze rozumiem strach biskupa, bo wewnątrz Kościoła powstaje rozdwojenie. I nie chodzi tu o strach przed emocjami, a o strach o to, co albo Kto stoi za tak wysokimi emocjami. Emocjami, które przeżywają nie tylko ludzie prości, ale i lekarze, prawnicy, nauczyciele czyli ludzie wykształceni. Boję się używać tu słowa "wykształceni", bo ostatnio bywa używane jako obelga. Biskup powinien wiedzieć, że emocje szybko gasną i tak naprawdę nie musimy się ich bać. A więc o co chodzi?

Początki ruchu pentekostalnego sięgają pierwszych lat XX wieku, gdy grupa wierzących w USA uwierzyła, że Jezus jest realną postacią i zesłał prawdziwie Ducha Świętego i to się nie odbyło w sposób niezauważony (jak podczas bierzmowania), ale wśród nadzwyczajnych znaków obecności Ducha. Kiedy to się stało z apostołami (Dz. 2), to było tak mocno widoczne, że obserwujący oskarżyli chrześcijan o bycie pijanymi, ale później wielu się nawróciło. Potem w podobny sposób otrzymali Ducha poganie i inni w Dziejach Apostolskich. Po tym wylaniu Ducha wierzący otrzymali moc czynienia cudów. Jeśli oni wszyscy to przeżyli, to dlaczego my mamy być gorsi? Powinno to być doświadczeniem też dla każdego, kto wierzy! Podkreślam - "kto wierzy". Co jest złego w tym wszystkim? Kto powinien się bać takiej dziecięcej wiary?

Jako były lider charyzmatycznego katolickiego ruchu przeżyłem to wszystko na własnej skórze. I emocje i telefon biskupa do dziekana teologii, gdzie studiowałem.

Będąc zwyczajnym, grzecznym, spokojnym katolikiem, trafiłem na spotkanie charyzmatyków, na którym przeżyłem chrzest Duchem Świętym, któremu towarzyszyły bardzo silne emocje. Polegały one na tym, że przez dwie godziny płakałem, klęcząc w kaplicy i mówiłem nieznanymi językami. Nie krzyczałem, nie tarzałem się po podłodze, płakałem i przepraszałem Boga za wszystko, co robiłem źle w życiu. Ogarnął mnie Duch Święty. Skąd wiesz? - już słyszę oburzenie - że to był Duch Święty, ty pyszałku? W prosty sposób - bo Jezus mówił, że po owocach poznacie, co jest z Boga, a co nie. A owoce, które ja zobaczyłem, były takie - odeszły ode mnie wszystkie nałogi, rano wyrzuciłem papierosy, alkohol, brudne czasopisma, przestałem latać za kobietami. Zjawiły się we mnie nowe, czyste pragnienia, nie poznawałem siebie. Byłem inny i nowy i nie stało się to niestety podczas sakramentów. Zacząłem prowadzić święte życie. Choć wcześniej i tak regularnie byłem na mszy, spowiedzi itd. Ale poza kościołem nie udawało się żyć po chrześcijańsku. I tu wszystko się zmieniło. I taki mój wewnętrzny stan trwa już ponad 20 lat - emocje tak długo nie trwają.

Pewnie arcybiskup mógłby to skomentować, że to były subiektywne, emocjonalne przeżycia. Ale kiedy chodziłem do sakramentów, to też były subiektywne przeżycia miedzy jednym subiektem - mną, a drugim obiektem - Bogiem z pomocą pośrednika czyli kapłana. Wiara jest poniekąd subiektywna, własna, osobista, intymna i emocjonalna.

Otóż kiedy doświadczyłem osobistej, emocjonalnej "pentekostalizacji", to moje życie uległo radykalnej zmianie! Stałem się nowym stworzeniem. Jezus Chrystus stał się bardzo realny, rzeczywisty, bliski. Wcześniej był tylko dalekim Bogiem w niebiesiech i opłatkiem, w którym Go czciłem. Ale gorszące jest to, że wszystko to stało się jakby poza sakramentami Kościoła, choć w katolickiej wspólnocie. I tego mają prawo bać się hierarchowie sakramentalnego Kościoła. Dlaczego? Bo może nie jest potrzebny do tego ksiądz? Sam Jezus wystarczy? Bo tracą władzę? Nie wierzą? Nie wiedzą, jak połączyć to wszystko z katechizmem?

Z tą odnowioną wiarą ruszyłem zdobywać innych dla mojego Zbawiciela. Bez kompleksów mówiłem przy każdej okazji o Jezusie. Kiedy głosiłem z odwagą ewangelię, widziałem znaki i cuda. Pewnego razu pewni bracia zabrali mnie do posługi w więzieniu na Ukrainie. Na spotkanie przyszło około 30 groźnych panów. Poproszono mnie, bym powiedział świadectwo. Bałem się nieco, bo nie wiedziałem, czego można oczekiwać od takich twardzieli. Po tym jak skończyłem, pomodliłem się o to, by Bóg dotykał tych ludzi i zmieniał tak samo, jak zmienił mnie. Wielu miało łzy w oczach. Podczas modlitwy nagle wyświetlił mi się obraz, tak jakby rentgenowski, nerki. I bardzo mi przeszkadzał w modlitwie, więc powiedziałem, że chyba Bóg chce uzdrowić czyjeś nerki. Kilka osób miało chore nerki, wśród nich był też pastor baptystów, który mnie zabrał do więzienia i pewien więzień, który od 10 lat nie mógł spać na jednym boku właśnie z powodu chorej nerki. Wszyscy oni zostali uzdrowieni! Pastor należał do kościoła, który nie wierzył w takie cuda, więc nie było to udawane - w nocy bez bólu wyleciał mu kamień, a po 7 latach potwierdził, że wciąż jest zdrowy! Z kolei uzdrowiony więzień po opuszczeniu więzienia zmienił się na tyle, że został pastorem, a później ewangelicznym biskupem. Ot taka sobie „degradacja”!

W parafii na warszawskim Żoliborzu prowadziłem spotkania, na których działy się podobne rzeczy do tych, jakie miały miejsce w tamtym więzieniu. Coraz więcej ludzi przeżywało osobiste odnowienie wiary, doświadczali uzdrowień. Na nasze spotkania przychodzili nawet protestanci z warszawskich kościołów. Byliśmy hałaśliwi w modlitwie i uwielbieniu, czasem aż do przesady. Może dlatego, że byliśmy młodzi i mieliśmy energię? Dziś już tak głośno i wariacko nie potrafię uwielbiać i modlić się, ale wciąż kocham Jezusa!

Z czasem w parafii zaczęły być słyszalne głosy, że to wszystko, co robimy, jest od diabła, bo normalni ludzie tak się nie zachowują. I rzeczywiście byliśmy "nienormalni", szaleni dla Jezusa. Grupa aktywistów ruszyła na moją uczelnię, by naskarżyć dziekanowi teologii na mnie. Dziekan poprosił mnie, bym nieco przystopował, bo inaczej będzie zmuszony mnie wydalić z uczelni. Ale czułem, że dziekan jest mi przychylny. Rok później w mojej sprawie zadzwonili z episkopatu. Okazało się, że jednym z parafian jest wpływowy polityk, który notabene teraz właśnie jest bardzo znaczącą postacią w rządzie. Był to okres zimowej sesji na 5. roku studiów. Zdałem kończący studia teologiczne egzamin ex universa theologiae na czwórkę z plusem. Został mi jeszcze jeden ostatni egzamin, który profesor z Nowego Testamentu przeniósł na ostatni dzień sesji na późny wieczór. Następnego dnia rano ruszyłem do dziekanatu, by sekretarka podbiła indeks. Na „dzień dobry” usłyszałem, że sesja skończyła się wczoraj i przez to, że nie zaliczyłem, zostałem skreślony z listy studentów. Napisałem podanie, potem był sąd akademicki na którym 7- 8 księży wydało na mnie wyrok, że jestem niemalże od diabła i że nie mam prawa nazywać się studentem teologii katolickiej. A ja chciałem być katolikiem, czułem, że to moje miejsce, ale mnie nie chcieli. Polski katolicyzm, wydaje się, nigdy nie zaakceptuje charyzmatycznego ruchu w pełni, no chyba że będą robić wszystko pod dyktando. Po roku mniej więcej od wyrzucenia ze studiów dołączyłem jako pastor do kościoła ewangelicznego. Od razu odpowiem tym, kto powie, że trzeba było walczyć o swoje i skończyć studia, pójść do sądu itd. Coś próbowałem, ale to jest machina, z którą trudno jest walczyć. Nawet teraz, pisząc ten artykuł, modlę się, by znów nie wzięli się za mnie.
 
Kiedy zaczęła się nagonka, próbowaliśmy ze wszystkich sił udowodnić, że jesteśmy katolikami. Kazano nam publicznie odmówić różaniec, chodzić do sakramentów, regularnie być na mszy. Robiliśmy to, ale nic z tych rzeczy nie pomogło. Wkrótce w gazecie „Życie Warszawy” pojawił się wywiad z naszym księdzem, który nigdy nie miał nic przeciwko nam, a tu nagle opowiadał nieprawdziwe rzeczy. Justyna i Kasia, które studiowały na Bobolanum, jezuickiej uczelni, zostały też zagrożone wyrzuceniem ze studiów. Dzielny tata jednej z nich wtrącił się i wszystko udało się cofnąć. Z jezuitami da się dogadać, jak się okazuje. Moja mama, też przyjechała, by mnie bronić, ale na nią nikt z księży profesorów nie zwrócił uwagi. Mogła tylko obserwować co się dzieje. Stała pod drzwiami sądu akademickiego i tylko słyszała odgłosy w mało zrozumiałym dla niej języku. Próbowała rozmawiać z dziekanem wydziału prawa, który był ubrany w mundur wojskowy i miał koloratkę i wyglądał w tym dość groźnie. Nic z tego. Przepraszam, że to powiem, ale czułem się jak na sądzie inkwizycji. Głównym ich zarzutem było to, że uzdrawiam ludzi! Broniłem się, że nie wiem, jak to się dzieje, bo ja tylko głoszę ewangelię i modlę się, a wszystko inne dzieje się jakby samo. Cytowałem Ewangelię Marka, że wierzący będą uzdrawiać chorych przez nałożenie rąk, że święci niby też uzdrawiają, że apostołowie też to robili itd.

W parafii poproszono mnie, bym nie przychodził na spotkania. Powiedziano, że jestem opętany. Proboszcz obiecał, że jeśli zobaczy mnie w kościele, to zadzwoni na policję, nie po to by mnie chronić, ale by mnie aresztować! Dla nas wszystkich to było szokiem. Przyjaciele od nas się odwrócili. Nie wiem, co opowiadano w kuluarach na nasz temat, ale atmosfera była bardzo nieprzyjemna. Mieliśmy wrażenie, że mamy do czynienia z jakimś dżihadem przeciwko wierzącym w Jezusa. Nie umiem tego nazwać inaczej. Te cenne dusze wszystkich zbawionych parafian były tracone, wielu uwierzyło, że to nie Bóg ich uzdrowił, tylko jakieś nieznane, złe moce.

Nie chcę robić wielkiego i patetycznego podsumowania. Każdy może sam wyciągnąć wnioski. Obserwuję dziś nowych młodych liderów katolickiej odnowy charyzmatycznej i wiem prawie na sto procent, jak się to skończy. Część z nich ulegnie presji i stworzą jakiś miks Biblii i tradycji, w pobożności bardziej podobny do kółek różańcowych i odejdzie moc Ducha Świętego, a jeszcze inni odejdą z katolicyzmu.

Za moich czasów jeszcze była taka praktyka - zaangażowanych w ruchach charyzmatycznych księży wysyłano do "bardzo ważnych zadań specjalnych". Na przykład kogoś wysłano z dużego miasta do domu księży emerytów z wadami słuchu, by ich spowiadał i opiekował się duchowo. Innego na budowę nowego klasztoru, mówiąc: "będziesz prorokować, w którym sklepie jest tańsza cegła".

Nie osądzam tych, którzy zostaną w strukturach rzymskokatolickich. Kiedyś ochrzciłem zakonnicę w wodzie przez zanurzenie. Miała około 60 lat, nie miała dokąd iść.

Ale będą też tacy, którzy wyjdą z Kościoła rzymskiego, by prowadzić wspólnoty ewangeliczne i będą zdobywać naród dla Jezusa. Choć wśród trudów, ostracyzmu społecznego i pomówień. Ale tylko o fałszywych prorokach mówi się dobrze. Będzie takim odważnym towarzyszyć łaska, bo Bóg wylewa łaskę na pokornych.

Zobacz także: Tańce skakanie, głośne śpiewy, rockowe uwielbienie Boga? Pastor z Warszawy zabrał głos

REKLAMA